Napolitano wczoraj przy kolacji powiedział, że ostatni będą pierwszymi (a on na wczorajszym etapie był ostatni) i dotrzymał słowa. Jak się wygrywa to oczywiście i atmosfera w ekipie jest super. Zostaje nam jeden etap i to całkiem ciężki odcinek. Damiano dziś w wywiadzie mówił że jest spokojny o przebieg wydarzeń, bo ma mocną drużynę i liczy na swoich kolegów. Zrobimy co możemy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Settimana Coppi e Bartali 2006. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Settimana Coppi e Bartali 2006. Pokaż wszystkie posty
piątek, 24 marca 2006
Dzisiaj poszło zgodnie z planem
Napolitano wczoraj przy kolacji powiedział, że ostatni będą pierwszymi (a on na wczorajszym etapie był ostatni) i dotrzymał słowa. Jak się wygrywa to oczywiście i atmosfera w ekipie jest super. Zostaje nam jeden etap i to całkiem ciężki odcinek. Damiano dziś w wywiadzie mówił że jest spokojny o przebieg wydarzeń, bo ma mocną drużynę i liczy na swoich kolegów. Zrobimy co możemy.
czwartek, 23 marca 2006
Jestem wkurzony
Bo gdyby nie ten pieprzony zjazd na wczorajszym etapie byłbym dziś około trzeciego miejsca w klasyfikacji generalnej. "Leo" (Leonardo Piepoli) mnie zwyzywał. Szkoda całej tej pracy, wysiłku, postawy na podjazdach i dobrej kondycji. Potrzebne mi jest przemyślenie wszystkiego i nie powtarzanie błędów bo wczoraj spokojnie można było przyjechać z przodu. Nie się nie zmienia, więc tak jak dziś również i w sobotę będę musiał pracować dla Damiano. On tu może wygrać i to się liczy, a nie miejsce w czołowej "10" kogoś tam jeszcze z naszej ekipy. Denerwuje mnie jednak fakt straconych okazji bo na wyścigach takich jak ten gdzie wolno mi ewentualnie powalczyć nie mogę dłużej popełniać takich błędów. Dziś zrobiliśmy niezłą selekcję pod ostatnią górę. Na szczycie wśród ośmiu-dziesięciu czołowych kolarzy było nas czterech! Na podjeździe znów miałem super nogę. Damiano jest teraz liderem, my ciągniemy od jutra i mamy też nadzieje wygrać jutro etap za sprawą Napolitano.
środa, 22 marca 2006
Na chwilę wrócę jeszcze do wczorajszego dnia
"Martino" nie miał wątpliwości, że byśmy tą drużynówkę wygrali i pogratulował nam ładnej jazdy. Dziś znów było zimno i deszcz. W pewnych momentach prawie nie mogłem opanować drgawek z zimna. Najważniejszym punktem etapu były ostatnie dwa podjazdy, w tym drugi na 23 kilometrów przed metą. Były to ciężkie podjazdy znane mi dobrze jeszcze z Giro d'Italia 2003. Etap taki wygrał wtedy Kurt-Asle Arvesen a koszulkę wziął "Gibo" Simoni.Do rzeczy. Trochę ciągnęliśmy, już pod pierwszy podjazd kiedy skoczył Paolo Bettini z Vincenzo Nibalim. Następnie Nibali pożegnał towarzystwo Bettiniego i zaczął nad nami nadrabiać. Pod drugi podjazd znów próbował atakować Bettini, ale bez większych efektów. To nie był dziś Bettini ze swoich najlepszych dni. Zostało nas około 30 ludzi w czołowej grupie. Zjazd niebezpieczny, było kilka kraks m.in. leżał Michael Rogers i tam też straciłem kontakt z grupką Bettiniego i Cunego. Ale nie ma problemu, kilkanaście sekund straty na mecie. Najważniejsze że noga była o'key pod górę i że nie leżałem ryzykując jakieś nieszczęście. Jak na razie na to patrzę to sam muszę przyznać, że zjazdy wymagają ode mnie dużo więcej koncentracji i determinacji niż podjazdy. Damiano nie miał dziś atakować i walczyć o zwycięstwo. Przyjechał na metę z pierwszymi i nie wydawało mi się żeby sprawiło mu to większą trudność.
O kolejnych dniach nikt nic na razie nie mówi. My mamy nadzieje że nie będzie padać. Nibali jak to się mówi zrobił dziś niezły numer. Myślę, że z nogą jaką on teraz ma to patrząc na kolejne etapy nie powinien mieć większych problemów żeby wygrać generalkę. Jest to tym pewniejsze ze względu na siłę ekipy jaką ma za sobą.
foto: www.corvospro.com
wtorek, 21 marca 2006
Nikt nie może mieć wątpliwości że wygralibyśmy tą drużynówkę
Niestety na 1,5 kilometra przed metą na zakręcie wywrócił się Danilo Napolitano, zwycięzca porannego etapu. Przez to pozostali musieli praktycznie stanąć. Ja byłem też za nim, a z przodu zostało nas tylko trzech, więc za mało żeby pojechać czym prędzej na metę. Przegraliśmy więc o 10 sekund, a straciliśmy na tym incydencie na pewno więcej. Mniejsza o to jednak ważne, że pojechaliśmy mocno, po prostu dobrze. Mój kolega z pokoju czyli Marzio Bruseghin był klasą sam dla siebie. Typowy czasowiec, dziś był motorem całej drużyny. Ja starałem się tylko nie zwalniać. W tym cała rzecz na tak krótkiej i szybkiej czasówce. Rano było brzydko, deszcz, błoto na drogach, ale wygraliśmy. Jaka jest dalsza taktyka ekipy sam jeszcze dobrze nie zrozumiałem, ale pewnie dziś po kolacji "Martino" powie parę słów na ten temat.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)