
foto: www.corvospro.com
Ileż myśli, zwątpienia, walki z sobą to może wiedzieć tylko ten kto nie jest specjalistą w tym fachu, a tak jak ja chciał pojechać możliwie jak najlepiej.
Ale ten mój górski, bo po prawdzie trzeba jeszcze do Paryża dojechać. Dziś królewski etap, przez wszystkich, w tym przeze mnie mocno oczekiwany. Ze mną wszystko było o'k, nawet jeszcze na szczycie Croix de Fer. Na zjeździe z tej góry spokój i pełna regeneracja i uśmiech na twarzy, że będzie dobrze. A jednak nie, bo od samego dołu poszedł gaz, było stromo i nogi jak i cały mój organizm powiedziały na dziś basta! Nie jechałem, ledwo kręciłem, trochę z głodu. Nie popełniłem żadnego szkoleniowego błędu, po prostu widać że organizm miał większe potrzeby, których samym jedzeniem nie dałem rady już uzupełnić.
Ktoś idzie w odjazd od startu, więc pod Lombardę tak się stało: Damiano i ja odjeżdżamy. Tak też było tyle, że już tam Damiano tracił koła i ciężko mu było nasze tempo wytrzymać. Jednak doszliśmy odjazd i zaczęliśmy Bonette z przodu. Równe i mocne tempo, a potem pierwszy skok, który niestety wprawił w "zakłopotanie" mojego lidera No i ja jak na gregario przystało, zresztą zgodnie z prośbą dyrektora z samochodu zostałem razem z nim. Na szczycie doszli nas najlepsi i powiem, że jestem z siebie dumny. Z tego, że praktycznie z góry im nie strzeliłem. Owszem powstała mała dziura, którą zrobił Mienszow to wszystko.
Spróbuję zaatakować w drugiej części końcowego podjazdu. Stratę w klasyfikacji generalnej mam taką, że Evans albo Schleckowie nie będą mnie chyba ścigać. Tym bardziej że w środę czeka nas najbardziej morderczy etap - zapowiada w rozmowie ze Sport.pl Sylwester Szmyd, jedyny Polak w Tour de France.
Oczywiście już TYLKO, a może i aż dwa etapy do końca "mojego" Tour de France. Dzisiaj jakoś ciężkawo mi szło od początku. Pod Col d'Agnello również, ale tym się juz nie martwię z reguły. Często tak bywa w moim przypadku od początku tego wyścigu. Później jeszcze ta mała kraksa i mocne uderzenie kością ogonową o asfalt. Ale jest o'k, nic mi nie jest. Jak pomyślę o Pereiro to dociera do mnie ile ryzykujemy na każdym wyścigu. Oscar przeleciał przez barierkę i spadł na asfalt z 6 metrów 20 cm jak podano później w TV. Miał dużo szczęścia, że skończyło się tylko na takich obrażeniach.
Przykra i głupia sprawa. Na razie ciężko mi cokolwiek więcej na ten temat napisać. Rozmawiałem z Leo jeszcze wczoraj. Wiadomo był zdołowany ... i tyle.Etapy "międzygórza" szybkie. Dziś bardzo nerwowo przez silny boczny wiatr od początku etapu, który na szczęście ucichł pod koniec. Ja wczoraj jechałem lepiej, dziś gorzej ale to pewnie głównie przez głowę. Do niedzieli będzie dobrze.
Pielgrzymka do Lourdes to był punkt główny mojego dnia odpoczynku. Spośród kolarzy tylko ja pojechałem, a później wróciłem do hotelu rowerem za samochodem. Czuje się dobrze i bez większych oznak zmęczenia.Super się czułem pod Tourmalet to na pewno. A dalej wszyscy widzieli jak poszło. Dużo gonienia pod wiatr, co mnie trochę kosztowało, a poza tym pod Hautacam w tej sytuacji lepiej mi było już odpuścić i oszczędzić nogę na kolejne dni. Damiano słaby, że aż dziwne i niepodobne to do niego. A mi w końcu za to płacą żeby na lidera pracować i po to mnie ostatecznie na Tour zabrali tak więc musze być spokojny.
Zauważyłem, ze mam mnóstwo kibiców hiszpańskich. Jak były koło drogi grupy przeważnie Basków to prawie wszyscy wołali mi po imieniu, że aż miło. Moje myśli są teraz skoncentrowane na kolejnych etapach górskich. Jaka będzie nasza dalsza taktyka dziś jeszcze nie wiem, ale podejrzewam że w zaistniałej sytuacji będę miał więcej luzu.
Nie spodziewałem się aż tak dobrej takiej nogi, tym lepiej. Cholernie miło gdy w drużynie każdy zawodnik, mechanik czy masażysta mówią ci "complimenti, sei andato come una moto". No ale wierze że to dopiero początek. Damiano nie czuł się dobrze na pierwszym podjeździe, ale później już zdecydowanie lepiej. Ja zacząłem skakać skoro widziałem, że mam możliwość uprzedzić ewentualne ataki najlepszych w końcówce podjazdu.
Szkoda, że w telewizji tak dobrze tego nie widać. Nieporozumienie czyli od samego startu, silny wiatr, góra - dół, teren odkryty i "a tutta", non-stop, głowa w kierownicy! Normalnie jak na karuzeli. W pewnym momencie przez kraksę z Damiano z przodu została grupka około 25 ludzi i w niej wszyscy faworyci oprócz Devoldera, Zubeldii i oczywiście Damiano. No i zaczęła się gonitwa, która podcięła mnie jeszcze bardziej. Doszliśmy przed pierwszym z dwóch podjazdów 2 kategorii i to chyba był jedyny moment, w którym się na chwile zatrzymaliśmy.