środa, 13 września 2006

Parę dni nie pisałem

... ale to były stricte techniczne problemy. Wczoraj było o'k. Z początku podjazdu ciężko, a potem wciąż lepiej. Ucieszył mnie też deszcz. Na mecie mała strata do najlepszych.

Dziś już było gorzej. Podjazd którego najbardziej się bałem, a do tego kolejny parny dzień. Pot lał się ze mnie ciurkiem i myślę, że aż za bardzo. Przed ostatnim podjazdem czułem się bardzo słabo. Z pomocą Pietrowa i walcząc z własnymi słabościami jakoś się wybroniłem. Dziś było mi naprawdę ciężko. Właściwie zostaje nam teraz tylko jutrzejszy etap. O pierwszej "10" już nie myślę. Nie czytam komunikatów, ale wiem że strata jest już dosyć duża. Będę się starał pojechać jutro tak jak jechałem dotychczas.

sobota, 9 września 2006

Miałem nadzieję, że pojadę tyci lepiej

Możemy powiedzieć, że i ta środkowa część wyścigu za nami. Miałem nadzieję, że pojadę tyci lepiej, ale koniec końców spisałem się na swoim poziomie czyli 1 minuta straty na 10 kilometrach. Nie czułem się źle, ale pojechałem bardzo słabo pierwsze 7 km. Nie szło mi kompletnie. Całe szczęście że potem puściło i nogi zaczęły się kręcić. Generalka dosyć ciasna, Vuelta bardzo wyrównana, a przez to i ciekawsza. Jutro 180 kilometrów wyglądające na niezbyt ciężkie. Potem przelot na południe Hiszpanii i dzień odpoczynku. Dla mnie moglibyśmy iść ciągiem. Jestem spokojny, ale chciałbym już gór, przekonać się, czy noga wciąż jest taka jak była ... czy silniejsza.

Dwa dni temu powiedziałem przy kolacji, że czasówkę wygra David Millar. Koledzy z ekipy mnie wyśmiali. Jewgienij Pietrow stawiał na Wladimira Karpieca. Założyliśmy się o 5 Euro. Wygrałem!

piątek, 8 września 2006

Muszę mieć swój dzień tak na góry jak i zjazdy

Dziś zgubiłem się na 5 km przed metą, po kilku zakrętach przy których trzeba było rozkręcać tempo, bo z przodu "szedł ogień". Tak już ze mną jest, że dla mnie "góry" zaczynają się zazwyczaj po premii górskiej. Nienawidzę dojeżdzać do mety ze świadomością, iż stać mnie było na więcej i tylko jakiś głupi moment nieuwagi lub niezdarności spowodował, że straciłem coś na co się wcześniej długo i ciężko pracowało. E va be, jak właśnie napisał Leo - teraz spokój, a rozliczenie zrobimy w Madrycie.

Piszę to wszystko spokojnie, ale tak do końca spokojny nie jestem. Przez ostatnie trzy dni szło mi wyjątkowo ciężko, ale dziś pod górę było już super. Wierzę, że stać mnie jutro na super czasówkę. "Leo" się dziwi jak to jest, że latam sam samolotami, jeżdżę szybko jak trzeba samochodem, a z góry rowerem nie zjeżdżam. Nie czuję jednak tego roweru, lekkiego i karbonowego na szytkach 21 mm. Wygląda mi to tak jakbym jeździł na łyżwach, a przyzwyczajony jestem do opon 23 mm na treningowych kołach. Niestety Vittoria nie robi 23 mm opon, ale od przyszłego roku na prośbę niektórych naszych kolarzy (w tym moją) zacznie!

Nie wyobrażałem sobie, żeby Sanchez nie wygrał etapu. Chociaż z drugiej strony liczyłem, że będzie walczyć o zwycięstwo w całej Vuelcie, jak zresztą sam odgrażał się na początku. To tyle, odpoczywam, możliwie najwięcej, szukam wewnętrznego spokoju i relaksu. Cieszę się, że "Benna" znów walczy na Tour de Pologne. To naprawdę bardzo w porządku kolega.

poniedziałek, 4 września 2006

Dziś mogę w spokoju napisać

... bo wczoraj byłem zmęczony i do tego późno dojechaliśmy do hotelu. Wiatrak od samego startu - wystarczy powiedzieć, że wielu kolarzy w tym nasz Napolitano strzelili od startu i nigdy nas nie doszli czyli mieli 210 km w "grupetto"! Ogólnie to nie czułem się źle chociaż nie byłem pewny czy dojadę z wystarczającym zapasem energii do ostatniego podjazdu. Myślę jednak że było super. Próbowałem uprzedzić ataki faworytów tak jak pisałem wcześniej, ale na moje nieszczęście Valverde miał jeszcze dużo pomocników m.in. David Arroyo i Xabier Zandio, którzy byli wcześniej w odjeździe.

Wieczorem napisał mi "Leo", że dobrze zrobiłem i tak mam właśnie jechać. Gdyby się trochę dłużej zastanawiali to by mnie potem czterech najlepszych doszło i po sprawie. Mniejsza strata, lepsze miejsce. A tak musiałem walczyć o jak najmniejszą stratę. Mały awans w "generalce", ale Vuelta jeszcze długa. Dwie czasówki a mam za plecami znakomitych czasowców typu Stijn Devolder, Tom Danielson czy Władimir Karpiec. Nie zapominajmy też, że zostały jeszcze trzy ciężkie etapy górskie, a to w górach wszystko się rozegra. Najważniejsze aby noga pozostała jaka jest. Jak tak będzie to i na kolejnych górskich etapach nie będę chciał czekać na końcówkę z najlepszymi ale ich uprzedzić. Jest nas dwóch z Lampre w "10" i nie musimy jechać zbyt asekuracyjnie. Ja zaś przy odrobinie sił wolę ryzykować. Według mnie Aleksander Winokurow nie powinien mieć problemów ze zwycięstwem końcowym. Jest naprawdę mocny.

Dziękuje wszystkim za kibicowanie i wiarę we mnie. Ja swoja droga zawsze staram się i będę jechać jak najlepiej. Dziś spokojna przejażdżka - 40km bo trzeba odpocząć i siły zregenerować.

piątek, 1 września 2006

Dobrze było, a nawet bardzo dobrze

W końcu czułem się o'k od samego początku. Żadnego dziwnego bólu nóg i problemów z oddychaniem czy tym podobnych rzeczy. W czasie etapu jak zawsze zresztą kiedy jest możliwość rozmawiałem z "Leo", który mówił mi: "taktyka dla ciebie jest wciąż ta sama, uprzedzić innych z atakiem pod górę". Tak też zrobiłem bo fakt, że tylko w ten sposób mam szanse zostać potem z najlepszymi. Za bardzo męczą mnie skoki, a równą jazdą mogę już ich nigdy nie dojść.

Dziś na szczęście podjazd zaczęliśmy spokojnie i potem znalazł się ktoś kto miał ochotę skoczyć. Ja sam nie mogłem tego zrobić bo David Loosli był z przodu. Dyrektor się na mnie trochę wkurzył bo widział, że miałem nogę żeby zostać do końca z przodu. Niestety w momencie skoku Ibana Mayo byłem praktycznie ostatni z grupki, która się w tym momencie porwała. Doszedłem ich jeszcze, ale zapłaciłem za ten wysiłek przy kolejnym przyśpieszeniu. Mój ewidentny błąd taktyczny, choć mała strata więc nie jest źle. Wierzę, że można tu powalczyć o więcej.

W niedzielę jak pisałem będzie ciężki etap. Na nim ponad 5000 metrów przewyższenia. Będzie co jechać. "Leo" mówił po etapie że ma problemy z oddychaniem. Może to być alergia, choć z drugiej strony to dla niego dziwne bo nigdy nie miał takich odczuć na Vuelcie. Ja sobie tylko życzę żebym się tak dalej czuł jak dziś. Pozdrawiam i dzięki za kibicowanie oraz wiarę we mnie.

środa, 30 sierpnia 2006

"Pierwsze koty za płoty"

...krótko mówiąc. Na to jak się dziś czułem to mało straciłem to pewne. Od początku Vuelty jakoś ciężko mi idzie, dziwny i niepotrzebny wciąż ból nóg i uczucie nogi bez siły. Dziś mam nadzieje, że się już trochę odblokowałem. Stać mnie na więcej to pewne. Dziś chciałem skoczyć, ale jak zawsze zmiana rytmu mnie dobiła - na 8 km do mety z tarczy 53 na przełożenie 39x23, a do tego mój stary koszmar z Giro czyli Inigo Cuesta, który zaczyna podjazdy jakby to był finisz - no cóż on się nie martwi bo jego praca kończy się po 2-3 kilometrach.

Tam straciłem 150-200 metrów i tak zostałem na 4 kilometry przed metą. Jest dobrze, ale mogło być lepiej i wierzę w poprawę. Vuelta jest długa i ciężka. Inna jak miałem nadzieję - nie ma "Liberty Airlines", którzy tylko ciągnąc równo robili "rzeźnie niewiniątek". Poza tym Kelme też swego czasu nikomu w twarz nie patrzyło. Nie ma zdecydowanie silnej drużyny która może wziąć na siebie ciężar wyścigu - na razie oczywiście. Z tego co mówią dookoła dziewiąty etap będzie jednym z najcięższych, ale wcześniej mamy kolejną metę pod górę. 

Jutro trzeba będzie uważać na wiatr, ale myślę że dojedzie odjazd. Ja swoją drogą nie będę odpuszczał, mam się skoncentrować na równej jeździe i tak będzie. Po pracy jaką wykonałem od czerwca nie mogę tak po prostu odpuścić i dać sobie spokój.

poniedziałek, 28 sierpnia 2006

Ale gorąco

..ledwo się kręci. Przynajmniej na szczęście te dwa etapy były spokojne. Trochę mniej spokojnie będzie zapewne jutro a już w środę pierwszy ciężki etap. Dwa lata temu Damiano nie dojechał nawet w pierwszej grupie do ostatniego podjazdu. Ja miałem wcześniej gumę. Znam ten etap jak i sam finałowy podjazd doskonale bo już go dwukrotnie jechałem. Ciężka góra, konkretny podjazd na tryb nawet 23-25 miejscami.

Wczoraj na etapie rozmawiałem trochę z Paolo Bettini i pytałem go o trasę Mistrzostw Świata bo wiem że był już ją zobaczyć. Z tego co mówi trasa sama w sobie nie jest ciężka, ale bardzo nerwowa, dla "klasykowców" czyli ludzi potrafiących cały czas "lizać koła", przepychać się i jeździć z przodu. O ile mówił, że w Madrycie do ostatniej rundy można było jechać z tyłu to tutaj wciąż trzeba będzie chodzić po czubie. W cięższym odcinku tzn. w drugiej połowie runda jest wąska tzn. max na 5 ludzi i do tego pokręcona.

Myślę, że niewielu mamy kolarzy, którzy mogliby pojechać dobrze na takiej trasie. Pewnie "Szczawik", a kto jeszcze? Sam zacząłem się zastanawiać. To opis Paolo, ale każdy wyścig ma swoją historię. On powinien się wycofać na cztery etapy przed końcem Vuelty. Mówił, że "generalki" nie musi jechać, a nawet że etapów też nie musi wygrywać ... a tu proszę od razu wygrał! Dziś mu mówię - "na szczęście nie musiałeś etapów wygrywać. A on mi na to odpowiada, że "same przychodzą, co ja na to mogę poradzić". A nic, nic, to może jeszcze powiedz przepraszam ;-) Swoją drogą życzyłem mu koszuli mistrza świata bo od lat jakoś mu ten wyścig ucieka. Jak sam przyznał ze gdyby wygrał to w Salzburgu to na konferencji prasowej mógłby powiedzieć, że kończy się ścigać bo co miał wygrać już wygrał. Ma rację. Ale tak jak jemu mam zamiar również kibicować i Alejandro Valverde. Tu na razie trzymam się cały czas z Illes Ballears bo jeżdżą zgrani, razem a to mi pomaga.

sobota, 26 sierpnia 2006

Ruszyliśmy

...NARESZCIE - bo jak pisałem już wszyscy się nudziliśmy. Nie było źle, co tu dużo mówić. Z naszą ekipą na wiele więcej nie mogliśmy liczyć. Może kilka sekund jeśli byśmy wystartowali zamiast na początku trochę później i uniknęli w ten sposób wiatru, którego potem wcale nie było. Ale to już bez większego znaczenia. Nasza jazda była równa, precyzyjna a tylko trochę wolniejsza niż innych. Zaskoczył mnie Milram, niespodzianki ze strony CSC nie było. Zasłużył sobie Sastre na tą koszulkę od początku wyścigu po sezonie jaki ma. Swój trzeci w tym roku Wielki Tour zaczyna od liderowania - chapeau! Jestem pełen podziwu.

Na kolejnych etapach liczymy na dobrą postawę Napolitano na finiszach, ze zwycięstwem włącznie bo wiadomo że stać go na to. Pietrow, Marzano i ja pojedziemy "w kołach", oszczędzając się możliwie najwięcej. I tak do 5 etapu najprawdopodobniej.

piątek, 25 sierpnia 2006

Coś mi się wydaje że od Portugali nie pisałem

Niemniej nie było za bardzo o czym. Wiem jedno - nie można tak ciężkiego i wymagającego wyścigu jakim jest Volta (rozgrywanego tylko po górach i w 40 stopniach Celcjusza oraz walcząc z ludźmi dla których jest to jedyny cel w sezonie) jechać bez wcześniejszego przetarcia na innym wyścigu. Nie wszystko można zrobić na treningu. Myślę, że tego trochę zabrakło, ale sam ów wyścig powinien być plusem patrząc pod kątem Vuelty, w której jutro wystartuje.

To będzie moja czwarta Vuelta, a w sumie już 9 Wielki Tour. Czas leci dla wszystkich. Nie mogę powiedzieć do końca jak się czuję. To drugi dzień jak jesteśmy w Maladze, siedzimy w hotelu i się "przymulamy". W domu trenowałem po Portugalii 3 razy tzn. w sobotę, niedzielę i we wtorek. Zawsze z "Leo" i Lorenzo Bernuccim. Lorenzo jest mocny, jeździł z nami po górach bez większych problemów a to w końcu "passista". Poprawiłem swoją "życiówkę" pod San Pellegrino in Alpe czyli podjazd pod który zawsze jeździmy przez Wielkimi Tourami. To pozytywny znak, bo oznacza że dobrze zregenerowałem się po Portugali.

Wczoraj i dziś mieliśmy 3-godzinny trening z jednym 8-kilometrowym podjazdem. Równo tzn. wszyscy razem. Właściwie "generalkę" powinien jechać Jewgienij Pietrow ale tak samo Marco Marzano jak i ja mamy wolną rękę i możemy pojechać swój wyścig - tym bardziej że już po 5 etapie będzie wszystko wiadomo kto jedzie "generalkę" a komu lepiej będzie się skupić na etapach. Pozostali są przewidziani do poszukiwania zwycięstwa etapowego w odjazdach lub na finiszu w przypadku Danilo Napolitano.

Ja jestem spokojny, żadnych problemów, kondycja powinna być i dobre odczucia już na piątym etapie. Wcześniej skupię się na tym żeby gdzieś się nie zgubić na wiatrach. "Martino" mówił mi przed wyścigiem żebym się zajął trochę młodymi - w sensie podtrzymywania ich koncentracji i psychiki w ciężkich momentach. To w końcu Vuelta i koniec sezonu - z ładnymi kobietami we wiosce startowej często nie jest łatwo myśleć o wyścigu i na nim tylko się koncentrować. To chyba rzeczywiście jestem już stary i fakt tylko Ruggero Marzoli jest ode mnie starszy w tej ekipie. Tak więc zobaczymy jak ta Vuelta będzie wyglądać, wielu uważa że będzie trochę inna tzn. lekko nie będzie, ale może bardziej wyrównana jeśli chodzi o poziom zawodników.

niedziela, 13 sierpnia 2006

Dwa słowa jeszcze do sympatyków

... kolarstwa z forum - tak dla wyjaśnienia podstaw. Nie czytam, czasem mi coś przytoczy tata, a czasem siostra, zaś ostatnie wypowiedzi czytała moja dziewczyna. Niektórzy z Was mają, że tak powiem niewłaściwe spojrzenie na ten sport. Nikt praktycznie kto podchodzi do kolarstwa poważnie nie pozostawia porażki bez dogłębnej analizy. Ja nie zamierzam robić tego do końca na forum publicznym.

Nawet "Leo" od wczoraj wysyła mi sms-y pytając o odczucia i próbując zrozumieć dlaczego tak mi poszło a nie inaczej. W końcu trenował ze mną ostatni miesiąc i wie jak kręciłem. Sam zresztą pojechał Deutschland Tour słabiej niż się spodziewał. Ja też zaliczam się do grona tych zawodników, którym zależy na optymalnym treningu. Wyjeżdżając każdego dnia na trening wiem po co jadę i co zamierzam zrobić, nie zostawiając nic przypadkowi. Kto mnie zna ten to wie.

I jeszcze jedno, nie wszyscy mają szczęście urodzić się z takim talentem jak Damiano Cunego czy Alejandro Valverde. Wiem gdzie moje miejsce i jaki mam motor. Na cuda nie liczę a tylko na dobrą pracę i błędy ze strony tych bardziej utalentowanych. Nie zapominajcie że ryzykowałem tu zwycięstwo etapowe, bo fakt że dojedzie ktoś z odjazdu to również oprócz nóg kwestia szczęścia.

W naszej ekipie spokój. Nikogo nie zawiodłem, nikt presji na mnie nie wywierał. Szanse dostałem bo kto ma jechać "generalkę" na wyścigu gdzie nie ma Damiano? Tak było na Romandii, mogłem swoje pojechać także na Dauphine i tak też będzie na Vuelcie. Później tylko noga zadecyduje czy pojadę "generalkę" czy też może skoncentruje się na etapach.

Woziwoda brzydko brzmi, a że mam mentalność "gregario" to prawda. Czasem to przeszkadza, ale również dzięki temu szósty rok jestem tu gdzie jestem i jeżdżę z kolarzami, którzy Wielkie Toury wygrywali i dlatego też po tegorocznej wiośnie miałem propozycje z czterech ekip z ProTouru. Nie jest łatwo przygotować dwa szczyty formy w ciągu tego samego sezonu.

To tyle. Zostaje jeszcze jeden etap jakby nie było. Ja już wierzę że znajdę zysk z tego startu w Portugalii za 10 dni w Hiszpanii. Dzięki wszystkim życzliwym i patrzącym trzeźwo i ze zrozumieniem na ten jakby nie było ciężki sport. Motywacji i woli walki o zwycięstwo mi nie zabraknie, o to się nie bójcie. Nigdy w życiu się nie poddałem i nie zadowalałem tym co osiągnąłem.

Dziś już spokojnie

... od strony psychicznej, bo na etapie szedł ogień od startu do samej mety. Odjechała pod górę czołowa "12" z klasyfikacji generalnej, zaś Maia cały etap ją goniła. Nie rozumiem tylko taktyki Liberty (LA Aluminios). Nie będę się nad nią rozwodzić, ale chodzi o to że lepiej im aby obcokrajowiec wygrał wyścig niżby mieli ryzykować że ten wyścig przegrają z kimś z ekipy Maia. Barbosa i tak tu nie wygra, ale nie tylko on ma możliwość powalczyć o zwycięstwo, a raczej miał! Na Austriaka (Christiana Pfannbergera) zwróciłem uwagę już parę dni temu. Mówiłem dyrektorowi, że ten zawodnik będzie niebezpieczny.

Zastanawiam się nad sobą, ale nie wiem na razie dlaczego poszło mi tak a nie inaczej. Wiem że przygotowałem się jak najlepiej mogłem, ale człowiek to nie samochód wyścigowy gdzie można wszystko przygotować tak jak chcemy. Na pewno rywale podcinają mi nogi na płaskim, przy dużym tempie przed górami. Jednak to nie wszystko. Problem że z dnia na dzień jak czułem się super tak przestałem kręcić - jakby wiadro z wodą opróżnił. Dziękuje wszystkim za kibicowanie, wsparcie i wiarę we mnie mimo wszystko. Stresująca praca. Będzie jeszcze dobrze, włożona praca w pole nie idzie!

sobota, 12 sierpnia 2006

Nie poszło!

Jednak najgorsze, że zawiodłem oprócz siebie wielu kibiców i ludzi, którzy we mnie wierzyli. Nie szukam przyczyn tego niepowodzenia. Takie już jest kolarstwo.

czwartek, 10 sierpnia 2006

Morale się poprawiło

.. ale to dziś miał być etap na którym chciałem zobaczyć jak noga się kręci. Dziś właśnie bo na 25 kilometrów przed metą był ciężki 4-kilometrowy podjazd. Rozmawiałem wcześniej z Barbosą i umówiliśmy się, że postaramy się zmniejszyć grupę, ale ja niestety nie miałem nikogo, zaś sami Portugalczycy skacząc jeden przez drugiego zadbali o to żeby grupka się zmniejszyła. Czułem się bardzo dobrze pod ostatni podjazd, wciąż w miarę spokojnie jadąc na końcu grupki, lecz będąc gotowy do ewentualnego przeskoku.

Na samym finiszu - wierzyłem w siebie. Na 500 metrów do mety krzyknąłem Marzoliemu (który doszedł nas na 8 km przed metą) żeby siadł mi na kolo, ale on wolał jechać koło Barbosy. Wygrałem pewnie, siłowo. Finisz był po kostce i lekko pod górkę, jakieś 2-3 %. To dobry znak przed górami, a i jak mi pisze "Leo" powinienem tym samym nabrać więcej zaufania do siebie. Piszę do mnie codziennie po etapie pytając jak poszło, jak się czułem. Od jutra będzie oglądać mój wyścig u kolegi. Dopinguje mnie jak zawsze, ale jak tylko trenujemy i widzimy się to mnie dręczy i dołuje.

Dzień jutrzejszy to odpoczynek. Dobrze mi zrobi, wiem to. Praca zrobiona przez pierwsze dni, rytm i hopki dadzą jeszcze lepszą nogę jak dam jej ten jeden dzień odpoczynku. To w teorii, a w praktyce jak będzie zobaczymy już w sobotę. Co za etap, znam go w całości, a przed laty wygrywał go już Zenon Jaskuła.

środa, 9 sierpnia 2006

Połowa wyścigu za nami

... i na razie bez większych problemów. Dziś czułem się najgorzej od początku wyścigu. Nogi się nie kręciły, były bardziej jakby zbite niż ubite. Tak je czułem, ale to mi się zdarza na wyścigach etapowych. Sama końcówka mnie trochę przerażała, bo krótkie sztywne podjazdy nie są moja mocną stroną nawet jak się czuję znakomicie. Myślę jednak że wybroniłem się bardzo dobrze ze stratą 11 sekund do Candido Barbosy. Zabrakło mi na ostatnich 200 metrach - ale jest o'key, tak może być. Porównuję się do Barbosy bo oczywiście w nim wszyscy upatrują głównego faworyta a i ja widzę, że kręci z dziecinną łatwością. Dodałbym jednak że ma wsparcie drużyny, bardzo mocnej w tym roku.

W odjeździe pojechało dziś dwóch Polaków. Ładnie i ambitnie jak na Huberta, a Jacek znów był trochę niezadowolony bo kolejny odjazd w który on poszedł, a ten dojeżdża do mety. Jak sam mówił jego zadaniem jest pokazywać koszulkę na etapach a robi to znakomicie. Do tego mi służy cały czas pomocą, co do zawodników, etapów, podjazdów czy samych końcówek lub niebezpiecznych fragmentów w trakcie poszczególnych etapów. Przyznam też, że pierwszy raz w pełni mogę powiedzieć, że mam całą drużynę dla siebie, cała gotowa do pracy. Na razie nie gonię ich zbytnio do ciągania, ale może już jutro popracują trochę pod górę. Zobaczymy jak się ułoży etap, ale z mniejszej grupki sądzę, że Ruggero Marzoli mógłby pomyśleć o zafiniszowaniu po zwycięstwo.

Cóż poza tym? Miałem mały upadek wczoraj na bufecie spowodowany przez mechanika który źle podał mi worek z jedzeniem i jeszcze dwukrotnie zmieniałem buty na dzisiejszym, piątym etapie co było spowodowane ułamaniem się progu pod butami. To wszystko drobiazgi, ale dekoncentrują czasem. Dziś już sam worka nie brałem, przywieźli mi koledzy.

poniedziałek, 7 sierpnia 2006

Dziś trasa bardzo pagórkowata

.. bez metra płaskiego i od startu przez prawie cały etap duże tempo i dużo ataków, do tego stała temperatura 43 stopnie. Spodziewałem się większej selekcji w końcówce ale tak się nie stało. Przyznam że dziś pierwszy dzień jak czułem się mogę to powiedzieć dobrze. Przyjechałem na metę spokojny, wręcz nie zmęczony. To dobry znak, byle to nie był jeden dzień. Ciężko mi też zrozumieć jak się czują inni bo większych gór i konkretnych ataków jeszcze nie było.