poniedziałek, 1 stycznia 2007
Słów kilka o moim planie startów na najbliższy sezon
Kolejny i zarazem mój ostatni start przed Giro to byłoby Giro del Trentino (24-27 lipca). W Trentino Damiano nie wystartuje i jak mi mówił "Martino" mógłbym swój wyścig jako lider tam pojechać. Ja będę jednak nalegać żeby wystartować również w Tour de Romandie (1-6 maja). Natomiast po Giro tak jak w ubiegłym roku pojadę Criterium du Dauphine Libere (10-17 czerwca). Później myślę by pojawić się na starcie MP ze startu wspólnego.
Następnie chcę od Brixia Tour (26-29 lipca) rozpocząć przygotowania poprzez Volta ao Portugal (4-15 sierpnia) do Vuelta a Espana jako główny cel na drugą część sezonu. Po Vuelcie Mistrzostwa Świata w Stuttgarcie oraz WSZYSTKIE pozostałe wyścigi w jakich moja grupa będzie startować. "Martino" jak rozmawialiśmy o moich startach to dał mi na wstępie plan startów Lampre na cały sezon i powiedział: "To Twój plan!". Śmieje się bo rzeczywiście ścigam się więcej od innych. Tym razem jednak "Martino" chciał abym do Giro przejechał mniej wyścigów niż w zeszłym roku i dzięki temu bardziej świeży wystartował w narodowym Tourze.
Pogoda sprzyja, jeżdżę ile się da, jednocześnie chodząc na siłownie. W tygodniu wrócę do Italii, a potem do 1 lutego jadę na trzecie zgrupowanie ekipy, wcześniej odpuszczając to drugie które zacznie się 12 stycznia w Terracinie.
sobota, 23 grudnia 2006
WESOŁYCH ŚWIĄT
Powiedzmy, że pierwsza część treningów za mną. Prawie bo jeszcze do Nowego Roku będzie to tylko jeżdżenie. Od początku stycznia zacznę się już skupiać na konkretnej pracy. Trenuję regularnie od 7 grudnia i w ciągu kolejnych dwóch tygodni przejechałem blisko 1300 kilometrów jeżdżąc praktycznie co dzień z "Petą" i kilkoma jego kolegami z Milramu. "Leo" był kilka razy w Toskanii to też się pojawił na treningu. Oprócz tego są jeszcze Mariusz Wiesiak i Michał Gołaś, którzy również zrobili sobie zgrupowania w Italii. Ja jeździłem raczej bez wychylania się czyli w kołach.Jeżdżąc zaś któregoś dnia na MTB odkryłem w lesie wąski, asfaltowy i cholernie sztywny podjazd. Zjechałem na dół i znalazłem połączenie z normalnie uczęszczanymi drogami. To najsztywniejszy podjazd z dotychczas mi znanych w tej okolicy. Myślę, że wejdzie na stałe do planu treningowego. Tym bardziej, że nawet Damiano jak z nim ostatnio rozmawiałem mówił żebym co jakiś czas pojechał sztywny podjazd (to akurat zawsze robię) bo Zoncolan jest trudny do opisania i tak sztywny, że Cunego uważa, iż jest tam 8-9 kilometrów takich jak w najcięższym momencie znanego nam obu bardzo dobrze San Pellegrino in Alpe, gdzie momentami jest 16-18%. Zobaczymy jak to z tym Zoncolan będzie.
Cieszę się, że w Polsce mamy ładną pogodę. Brak śniegu i mrozu. Można jeździć. Zaraz po Świętach napiszę o swoim planie startów i przemyśleniach na ten temat. WESOŁYCH ŚWIĄT życzę wszystkim kibicom kolarstwa, osobom które mi kibicują i wspierają w mojej pasji i pracy jaką jest kolarstwo. Ze swojej strony w Nowym Roku dołożę wszelkich starań aby dostarczyć Wam wszystkim jeszcze więcej emocji i powodów do radości.
sobota, 2 grudnia 2006
Giro d'Italia
Nawet jeśli nie znam wszystkich podjazdów to w myślach oglądając etap po etapie, górę po górze, przemierzałem przełęcze. Widziałem się na premiach górskich i poszczególnych szczytach. Nie spodziewałem się, że będzie inaczej. Podoba mi się. Trzeba przejrzeć je kilka razy, przespać się z tym i za parę dni znów wrócić do trasy.Gór nie za wiele ale i znów nie tak ciężkie te podjazdy. Wbrew mojemu pierwszemu odczuciu, gdzie myślałem że (jak zawsze) jest więcej podjazdów sztywniejszych. Tak przecież pierwsze dwie mety pod górę Montevergine i Santuario della Nostra Signora Guardia nie są podjazdami ciężkimi. Dalej etap we Francji - klasyka, coś pięknego z Izoard w końcowce czy późniejsza czasówka pod gorę do Oropy to też podjazdy które mi świetnie pasują. Problematycznym może być "il tappone" (etap królewski) z Trento do Tre Cime Lavaredo oraz Monte Zoncolan ale to już krótkie sztywne odcinki. Mało czasówek, ale jest jazda druzynowa na czas. Mam po co trenować. Dziś kolejna przejażdżka z "Leo" . Jutro pojadę już z grupą "Pety", ale tylko powiedzieć "cześć" bo on już od blisko miesiąca trenuje i pedałuje w całkiem innym rytmie.
Zapomniałem wspomnieć, że w czasie mojego pobytu w Polsce odwiedziłem serdecznego przyjaciela po fachu Darka Baranowskiego dzieląc poza rowerem również inną pasję hobby. Zrobiliśmy Depeche Party - działo się, oj działo. Impreza skończyła się prawie o świcie jak dobre wesele. Mam szczerą nadzieję, że będę mógł jeszcze pedałować w profesjonalnym peletonie razem z "Rybą".
wtorek, 28 listopada 2006
Cóż i już po wakacjach
Najintensywniejszych na jakie mogłem sobie pozwolić. Samochodem w niecały miesiąc zrobiłem blisko 5000 kilometrów. Samolot pilotowałem w sumie przez kilkanaście godzin, a rowerem przejechałem tylko 120km! Dziś wyjechałem góralem, głównie po lesie, słabe 3 godziny. Znów czuję tą przyjemność z jazdy na rowerze. Piękna i niesamowita sprawa po raz kolejny odkrywać rower. Jutro jadę juz do Italii a tam już zacznę na całego, siłownia, góral, szosa. Trening regularny i codzienny.To co napisałem zeszłym razem o ambicjach skończenia Giro "w dychu" jest mało ambitne! Nie powiem nic więcej. Wiem, że stać mnie na więcej i do Giro nie będę się już na ten temat rozpisywać. Liczą się czyny a nie słowa. Po sobotniej prezentacji napiszę więcej, sam jestem jej ciekawy. Czuje dużo większą determinację i pewność siebie. A swoja drogą, mój instruktor pilotażu powiedział, że latanie samodzielne dodaje pewności siebie! Cos w tym jest.
Obraziłem się na "Leo". Parę dni temu rozmawialiśmy przez telefon i w pewnym momencie wypalił "Nie wiem czy ci mówiłem, ale ożeniłem się?!" Che? Jak to ja nic o tym nie wiem? Mamo! To tak się traktuje przyjaciół? A on mi na to "Byłeś w Polsce i w ogóle nikomu nie mówiliśmy". Ta bałeś się paparazzich czy co? - odrzekłem. Powiedziałem mu, że jak już chodziło o ten obiad to bym sam go za siebie opłacił. On zaś na to, że go przejrzałem! Dziś rano pisał czy już mi przeszło.
Pośmiejemy się? Jest taka reklama w radiu: "setki tysięcy Polaków wybrało i w tym miejscu pada nazwa preparatu, który dodaje witalności i opóźnia czynniki starzenia. Preparat ten jest z zawartością DHEA. Ludzie to w takim razie setki tysięcy Polaków wybrało DOPING. Jak ja dałbym się namówić tej reklamie i znanej prezenterce telewizyjnej to ryzykowałbym przerwę w pracy i to dwuletnią! A jakby się ktoś zapytał kto tu jest szefem mojej siatki dopingowej to na kogo miałbym wskazać? Nie wiem jak to dalej będzie, co DNA itd. Mam nadzieje że nic takiego nie przejdzie. Za słowami Bettiniego powtórzę, że takie próbki pobiera się chyba tylko seryjnym mordercom. A ja uważam, że jeśli nawet to powinny być wprowadzone w każdym sporcie czyli: piłka nożna, tenis, pływanie, Formuła 1 i inne! A nie tak jak mamy dotychczas gdy piłkarze mówią "nie chcemy badań krwi i basta!". Coś tu trzeba zmienić.
wtorek, 31 października 2006
Trochę czasu minęło od Japonii
Na rower nie wsiadłem od tego czasu i nie zamierzam tego robić przez najbliższe trzy tygodnie. Cholernie się cieszę, że mamy kolejnego Polaka w Pro Tourze. Ma potencjał i szanse na to żeby być dobrym kolarzem. Promocja w pełni zasłużona. Trochę śmiesznie to wyszło, ale cieszę się że jest nas więcej. Śmiesznie bo do tej ekipy zacząłem najpierw polecać kogoś innego, a potem wyszło na kogo wyszło. Nie piszę jeszcze nazwisk bo nie wiem czy oficjalnie ktoś coś już gdzieś napisał.Uwielbiam taką pogodę za oknem jak teraz czyli deszczowo, pochmurno, około 10 stopni ... a ja nie muszę na rower wyjeżdżać. Jak nadmieniłem, rozmawiałem z "Martino" i powiedziałem mu że jak będzie układać plany startowe to ja chce i myślę tylko o jednym wyścigu: Tour de France! A on mi na to, że jak mam jechać na TdF i jak już mam się przygotować na 100% i być w szczycie formy na Giro bo w przyszłym roku musimy go wygrać. A po Giro mówi dalej, że nie ma sensu jechać do Francji i tu się z nim zgodzę. Później mogę sobie pojechać, przygotować się na Vueltę i tam walczyć. Dopiero jak za dwa lata Damiano pojedzie tylko TdF to ja się też będę miał szykować tylko na Tour i wtedy Giro nie pojadę. Cóż c'est la vie. W takim razie skończę w "10" najbliższe Giro.
Czyli program startowy jak w tym roku, praktycznie identyczny. Nie chcę tylko ścigać się w niepotrzebnych wyścigach. Do dziś mój trener jest wkurzony że wysłali mnie na Dauphine, bo się jeszcze bardziej dobiłem i miałem mniej czasu potem na spokojne przygotowywanie się do Vuelty. Jak by nie było, po raz kolejny miałem najwięcej wyścigów z ekipy. W sumie 93 starty i dla własnej satysfakcji wszystkie ukończone. Wierzyłem w miły akcent na ostatnim wyścigu ale mogę poczekać do następnego sezonu wyznaczając sobie poważniejsze cele. Wiem, że będzie dobrze. Najważniejsze by teraz dobrze odpocząć, fizycznie ale również i psychicznie. Głowa musi odpocząć. Dziękuje po raz kolejny wszystkim kibicom oraz miłośnikom tego sportu, kolarstwa na najwyższym poziomie za wsparcie i doping w trakcie całego, długiego i ciężkiego sezonu.
foto: TomAsz forums.rowery.org
sobota, 21 października 2006
Prawie mi się chce płakać
Można polemizować czy Ruggero powinien mnie skasować czy nie bo jeśli by, a tak się zanosiło Gusiew ciągnął dwa ostatnie kilometry to miałbym szanse walczyć z nim na finiszu. Jak już to powinien to skasować nas Ricco w końcu z przodu był kolarz Lampre i Discovery, zaś z tyłu Lampre, Discovery i Saunie Duval właśnie. No cóż ... mniejsza o to, teraz wakacje. Udany sezon, ale mógł być lepszy tzn. lepiej skończony.
piątek, 20 października 2006
Pierwszy raz w życiu będę startować z numerem 1 na plecach
wtorek, 17 października 2006
Giro di Lombardia
Gdyby nie zeszłoroczny upadek na 60 kilometrów przed metą to pewnie byłby jedyny wyścig, który zawsze ukończyłem. Tak czy inaczej do końca sezonu pozostał mi jeden start. Mam w tym roku ponad 90 wyścigów i wszystkie ukończone. Mała satysfakcja dojechać zawsze do mety na wyścigach jakby nie było przeważnie ciężkich. W sobotę nie czułem się najlepiej, a do tego cały czas przekonywałem się że już nogą nie kręcę po tym jak się czułem dwa dni wcześniej na Giro del Piemonte. Fakt, że czuję już zmęczenie i potrzebę odpoczynku, ale myślę ze mogłem tyci lepiej pojechać.Zacząłem podjazd pod Ghisallo bardziej z przodu, ale od razu czułem że nie idzie, chwilę próbowałem się "zagiąć" i spasowałem. Jednak po pierwszym najtrudniejszym kilometrze złapałem rytm i zacząłem przechodzić poszczególne grupki dochodząc na szczycie do drugiej grupki liczącej około 15 kolarzy jadących tuż za najlepszymi, których już nie doścignęliśmy. Do nas potem doszło jeszcze wielu innych. Ja zaś wciągnąłem dość mocno San Fermo, potem cały zjazd i rozprowadziłem Marzoliego zostawiając go na 300 metrów do mety. On zaś wygrał finisz o 11 miejsce. Ja bym nie powalczył tak więc czemu nie pomóc koledze z ekipy, który może finisz wygrać nawet jeśli nie o miejsce w "10". W sumie więc poszło nie najgorzej. Miałem tylko dziesięciu przede mną i potem już moja grupa.
Dzień później jechałem dwie czasówki - jedną parami, a drugą drużynowa w układzie trzech amatorów i zawodowiec czyli zabawa. Jutro lecę do Japonii. Myślę, że będzie trudniej niż się spodziewałem. Kolarze tacy jak Ricco, Mori czy Gusiew to wymagający i bardzo odpowiedni na tamtą rundę przeciwnicy. Rozmawiałem już z "Martino" o przyszłorocznym programie, ale o tym napisze po Japan Cup w przyszłym tygodniu.
wtorek, 10 października 2006
Tak to jest na koniec sezonu gdy w ekipie kolarzy brakuje
sobota, 7 października 2006
Sabatini w czwartek, dziś Emilia
W czwartek wyścig chciałem po prostu przejechać i tak było. Ostatnią rundę spokojnie przejechałem z Bennatim bo odpuścił pod ostatni podjazd. Jechaliśmy na niego, ale korby mu odbiły na koniec. Dziś liczyłem na to że pojadę dobrze. Zależało mi cholernie, ale musze się pogodzić z tym, że już mi ciężko idzie. Zauważyłem, że trudno mi się już zregenerować. Dwa dni temu rano ważyłem tylko 56 kilogramów podczas gdy przez całą Vueltę miałem 60-61 kg czyli moją wagę optymalną. To oznacza, że obecnie organizm coś musi sobie podjadać z mięśni itp.Wyścig kończył się na rundach z ciężkim podjazdem. Pogoda brzydka bo cały czas kropiło stąd niebezpieczne zjazdy i upadki. Pod górę jadę dobrze do czasu gdy nie ma odcinka sztywnego np. 14-16% jak dziś miejscami na finałowych rundach. Wtedy zaczyna się problem, bo brakuje mi siły. Nie idzie miękko kręcić, a sił żeby wstać w pedały już też nie ma. Jutrzejszy wyścig raczej dla sprinterów. Potem zostanie mi tylko Lombardia i Japan Cup. Odpuszczę Giro del Piemonte bo muszę odpocząć.
poniedziałek, 2 października 2006
Po dwóch tygodniach znowu kask założyłem
Jak przypuszczałem to był całkiem prosty wyścig do interpretacji. Wystarczy jechać, jeść, pić, sił nie tracić i w końcówce sobie pojechać. Wyścig z selekcją naturalną. Ja czułem właśnie, że na ostatniej rundzie nie będzie mnie stać na walkę o czołowe pozycje i dlatego zdecydowałem się uprzedzić końcowe ataki. Tak łatwiej, liczyłem na to że w odjeździe pojedziemy trochę dłużej i najdzie nas już mniejsza grupka. Niestety skasowali nas na początku ostatniej rundy i to wciąż jako dość spora grupa. Sił więcej nie miałem. To był trening dobry i potrzebny. Przejechałem cały, ale nogi czułem twarde i nie kręcące jak trzeba przez cały dzień. Ważne jednak że nie było zimno jak rok temu.Pogratulowałem Bettiniemu zwycięstwa w Mistrzostwach Świata i porozmawialiśmy chwilę. Mamy wspólną pasję o której nie wspominałem czyli latanie. On również robi licencję pilota tyle że na ultra-lightach. Zaczął mi opowiadać jak w zeszły piątek skorzystał z zaproszenia teamu pilotów akrobacyjnych z Red Bulla. Sam latał z głównodowodzącym i nauczył się kilka prostych akrobacji jak np. beczka. Latał na Sukhoi i zachwycał się co to za samolot. To tak poza kolarstwem o aktualnym mistrzu świata.
Sam wyścig zdecydowanie wygrał Samuel Sanchez, który było widać, że miał super kondycje już na niedzielnym wyścigu o Mistrzostwo Świata. My z założenia jechaliśmy na Allesandro Ballana, ale odcięło mu prąd na ostatniej rundzie. Ścigam się w najbliższy czwartek, sobotę i niedzielę koncentrując się najbardziej na sobotniej Giro dell'Emilia.
środa, 27 września 2006
Mogę to już powiedzieć oficjalnie
...przedwczoraj przedłużyłem kontrakt na kolejny rok z Lampre. Myśę że nie ma co komentować ostatnich wypowiedzi prezesa PZKol'u w "Przeglądzie Sportowym" prawda? Większość internautów i tak już to na forum zrobiła i ja się z nimi całkowicie zgadzam ... jak i oni ze mną. Tyle tylko, że Prezes wciąż nie rozumie że od wielu lat dowodzi tym tonącym statkiem. Nie udzielam nikomu rad, mówię tylko to co widzą wszyscy inni, ci którym zależy na polskim kolarstwie. Wyjaśniać że Mistrzostwa Polski nie mają nic wspólnego z przygotowaniami do poszczególnych wyścigów w sezonie, w tym z ewentualnym startem i formą na Mistrzostwach Świata też już nie będę. Każdy wie, że ma się to jak przysłowiowy piernik do wiatraka.Całkowicie rozumiem też kolegów, którzy startowali w Mistrzostwach. Istotnie nie jeżdżąc wyścigów na najwyższym poziomie tzn. z najlepszymi kolarzami w imprezach z byłego Pucharu Świata ciężko jest potem nawiązać walkę na dłuższym dystansie i znieść zmianę rytmu po 200 kilometrach w momencie gdy inni przyśpieszają. Sam na niektórych takich wyścigach do dziś dnia cierpię dystans klasyku jako, że jeżdżę praktycznie same etapówki gdzie wyścig jest rozgrywany całkiem inaczej. Przez pierwsze trzy lata zawodowstwa po dwusetnym kilometrze czułem się wręcz jakby mi ktoś wtyczkę wyciągał, prąd odcinał i koniec był z jazdy. Mistrzostwa Świata i klasyki są wyścigami bardzo specyficznymi, po prostu dla specjalistów.
W niedziele startuje w Zurychu. Ciężki wyścig, selekcja można powiedzieć naturalna. Czuje się dobrze chociaż niemały problem sprawia mi już przejechanie jak w ostatnich dniach 5-6 godzin po górach. Trenowałem głównie na mniejszych, krótszych podjazdach biorąc pod uwagę, że takie właśnie znajdę na najbliższych wyścigach. W zeszłym roku chociaż czułem się bardzo dobrze po Vuelcie to nie skończyłem z jednego lub drugiego powodu żadnego z ostatnich wyścigów. W tym roku mam nadzieje że będzie inaczej. Wyścigi ważne a zdecydowaną różnicę może na nich robić głowa, podejście i wola walki której wielu już będzie brakować w październiku.
sobota, 16 września 2006
Chwila refleksji
Czasówka w tym roku wygląda że znów jest moim najsłabszym punktem. Cóż sam nie wiem - płakałem już swemu trenerowi że nie kręcę w ogóle, że musimy dużo nad nią popracować w przyszłym roku. Poprzednia czasówka - po głębszej analizie - mogę powiedzieć, że poszła mi bardzo kiepsko. Dziś też bez rewelacji. Jak mogłem się spodziewać "Leo" zagiął się w trupa, bo juz godzinę przed startem siedział na rolkach i się rozgrzewał. Ciężki to był odcinek. Starałem się dać z siebie wszystko, ale pomiędzy najlepszymi a moimi możliwościami jest przepaść. Chapeau przed Vino, Ma klasę, wolę walki i ambicje które u niego od lat podziwiam. Uważałem go zawsze za przykład kolarza najlepiej się ścigającego.Po etapie czułem się bardzo źle: dreszcze, zimno i po dojechaniu do hotelu miałem 39,4 stopnia gorączki. Teraz jest już o'k. Jakiś wirus najpewniej bo podobne objawy miał Carrara, który nawet nie wystartował, zaś po etapie Pietrow i Enrico Franzoi również mieli ponad 39 gorączki i nawet wymiotowali. Z nimi jeszcze nie najlepiej ale mam nadzieje że się do jutra pozbierają. Mam mały niedosyt co tu ukrywać. Po górach było super, jedno co sobie zarzucam to że nie spróbowałem zaatakować, uprzedzić innych na Sierra Pandera. Wyczułem nawet moment, ale odwagi zabrakło. A może raczej była to sucha kalkulacja czyli za duży przeciwny wiatr i nie chciałem podciąć sobie nogi zbyt daleko od mety.
Mistrzostwa Świata. Nie jadę jak pewnie wiecie wszyscy doskonale. Dwa powody. Trasa nie za bardzo pode mnie jak juz pisałem na początku Vuelty po rozmowie z Bettinim. Hiszpanom to nie przeszkadza, bo widziałem że jedzie Sastre, a pewnie również Beltran. Trasa nie pode mnie i w najlepszym przypadku mógłbym ją tylko przejechać. Druga sprawa że nie podoba mi się selekcja w PZK-olu. Z tego co zrozumiałem po rozmowie z selekcjonerem kadry tylko on mnie ewentualnie widzi w składzie. Nikt więcej w Związku. A to dlatego, że się kiedyś gdzieś tam wycofałem(na Igrzyskach Olimpijskich oczywiście). Panowie i co z tego? Czyli jakbym pojechał do Salzburga i źle się czuł, wycofując się to by znaczyło, że o kadrze mogę już na zawsze zapomnieć?!
W zeszłym roku "dałem ciała" na Giro ale przy układaniu programów na ten rok już zimą "Martino" tylko się mnie zapytał - jedziesz Giro czy nie? Bez wyciągania niczego z przeszłości. A my przecież jedziemy Giro żeby wygrać. Za każdym razem przy selekcji na Mistrzostwa Świata wydaje mi się, że jesteśmy przynajmniej kadrą Włoch czy Hiszpanii i jedziemy tam żeby rozpędzić towarzystwo. O zmęczeniu po Vuelcie nie mówmy bo cały skład Hiszpanii przecież przejechał tą Vueltę. Słuchając czasem ludzi podejmujących decyzje w Związku odnoszę wrażenie że znają się na tym sporcie jak ja na łowieniu ryb czyli potrzebna wędka i basta? Albo że robią na złość i nie zależy im na tym sporcie w ogóle. Tymczasem ja go kocham. To jest moja pasja, chcę i życzę wszystkim kolarzom w Polsce aby tacy ludzie z pasja i ambicją nami kierowali. Basta.
Chwila refleksji. Powiedział do mnie wczoraj Alessandro Spezialetti: "zastanawiam się jak możesz nie wygrywać z taką nogą! Gdybym miał twoją nogę to bym ich poustawiał wszystkich!" Coś pewnie w tym jest, cos na pewno. Popracujemy i nad tym. Tymczasem dzięki wielkie wszystkim za kibicowanie. Czekają mnie jeszcze ostatnie wyścigi, na których szczególnie mi zależy czyli Zuri Metzgete, Giro dell'Emilia i Lombardia. Być może na sam koniec Japan Cup.
piątek, 15 września 2006
W ten sposób mamy prawie cala Vueltę za plecami
... a dopiero co się zaczęła. Wczoraj co najważniejsze było o'k. Powiem nawet że jestem najbardziej zadowolony jestem właśnie z tego etapu. Było trochę nerwówki przez wiatr w trakcie etapu, ale ciągnęło Illles Balears i nie było większych problemów. Ostatni podjazd wziąłem z samego czuba co nie często mi się udaje i przez kilka kilometrów byłem wśród najlepszych. Noga była silna, kręciła się jak należy. Małe problemy miałem jak zawsze przy skokach, ale taka moja charakterystyka. Fakt, że po ataku "Wino" nie doszedłem już do grupki Valverde i Leo Piepoliego. Strata przyzwoita, wręcz mała i miejsce jak zawsze trzynaste. Na trzech metach z finiszami pod górę byłem 13 (Morredero, Calar Alto i Pandera), raz 12 (Cobertoria) i raz poza 20-tką (Covatilla).Dziś na szczęście obyło się bez większych atrakcji na trasie mimo silnego wiatru. W końcówce CSC próbowało coś wymyślić ale sami chyba nie do końca wiedzieli co i po co robią. Tak lepiej. Jutro czasówka. Pojadę na maxa, żeby przejść "Leo" w generalce o co nie będzie łatwo mimo że się zastrzega, iż nie będzie się zaginął. Hmm chciałbym to widzieć, przecież on wie że całe życie będę mu wypominał, że gorzej ode mnie Vueltę skończył.
środa, 13 września 2006
Parę dni nie pisałem
... ale to były stricte techniczne problemy. Wczoraj było o'k. Z początku podjazdu ciężko, a potem wciąż lepiej. Ucieszył mnie też deszcz. Na mecie mała strata do najlepszych.Dziś już było gorzej. Podjazd którego najbardziej się bałem, a do tego kolejny parny dzień. Pot lał się ze mnie ciurkiem i myślę, że aż za bardzo. Przed ostatnim podjazdem czułem się bardzo słabo. Z pomocą Pietrowa i walcząc z własnymi słabościami jakoś się wybroniłem. Dziś było mi naprawdę ciężko. Właściwie zostaje nam teraz tylko jutrzejszy etap. O pierwszej "10" już nie myślę. Nie czytam komunikatów, ale wiem że strata jest już dosyć duża. Będę się starał pojechać jutro tak jak jechałem dotychczas.
